Miasto Szydłowiec, położone jest na trakcie szosowym od Warszawy do Krakowa, pomiędzy Radomiem i Kielcami, trzy mile  za Radomiem.

Liczy obecnie 1018 chrześcijan,2780 starozakonnych, a w ogóle 3798 dusz męskich i żeńskich; domów murowanych 59, drewnianych 258. Obok miasta płynie rzeczka Korzeniówka; wypływa ona z okolicy wsi Korzeniowej Woli, przebiega wzdłuż dóbr  szydłowieckich i wpada do rzeki Radomki. Wyjąwszy stronę od przyjazdu z Radomia miasto to naokoło otaczają lasy niegdyś bardzo obfite w drzewo, najwięcej sosnowe, ku zachodowi  zwłaszcza, przez płaszczyznę prawie półmilową odkrywa się piękny widok na lesiste podgórze, należące do pasma Gór Świętokrzyskich. Miasto ma dwa rynki; jeden katolicki, przy którym stoi kościół farny, a w pośrodku kwadratu ratusz; drugi dziś żydowski, niegdyś Skałką zwany. Od zachodniej strony zdobi miasto ogród angielski z wniesionym na wyspie wśród stawu zamkiem. Szydłowiec zbudowany jest na wzgórzu, na podkładzie kamienia piaskowca, którego łomy znajdują się za miastem. Z nich to wyrobioną została statua Jana III króla polskiego, postawiona na moście przy Łazienkach w Warszawie.

 Miasto Szydłowiec, pobliskie okolicy fabryk żelaznych jest dosyć handlowe, dlatego też najwięcej liczy mieszkańców wyznania mojżeszowego. Za dawnych czasów nie wolno im było posuwać się z zabudowaniami dalej jak do połowy Wielkiej  ulicy od rynku żydowskiego, lecz przy osłabionej administracji, w końcu XVIII wieku wcisnęli się aż pod brzeg rynku katolickiego. Chrześcijanie zajmują się po większej części rolnictwem, szewstwem i garncarstwem; garncarze wyrabiają równie dobre garnki, jak iłżeckie; są także kamieniarze, cieśle, kowale i stolarze, lecz nie dość zdatni. Jarmarków miasto ma 6 w poniedziałki: 1 po Trzech Królach, 2 po niedzieli śródopostnej, 3 po niedzieli kwietniej, 4 po św. Wawrzyńcu, 5 po św. Franciszku 6 po św. Marcinie; targi tłumnie nawiedzane odbywają się każdego poniedziałku.

(…) W roku 1801 wierzyciele księcia Macieja (Radziwiłła zmarłego w 1800 roku), a szczególnie z massy teperowskiej, za pośrednictwem sądu szlacheckiego , krakowskiego wystawili dobra szydłowieckie dla osiągnięcia swej satysfakcji na publiczną sprzedaż przez licytację. Księżna Anna z hrabiów ordynatów Zamoyskich Aleksandrowa Sapieżyna przy pomocy księdza Stanisława Staszica (swego nauczyciela) i kasztelana Badeniego, kupiwszy te dobra za sumę złr.395.837 krajcarów2, weszła w ich posiadanie.

 Najlepiej powodziło się miastu przez prawie cały wiek XVIII, gdy Radziwiłłowie, jako dziedzice, w Szydłowcu stale i familijnie zamieszkiwali. Dobroczynni ci książęta byli przyjaciółmi wysłużonej szlachty; echo ich dobroduszności było powodem tulenia się pod ich skrzydła, a dwór starożytny świetną był przynętą.  Pod ich opieką nawet stan mieszczański ówcześnie wznosić się zaczął, uzyskawszy tyle swobód, że nawet szlachta, osiedlając się w Szydłowcu, łączyła się z mieszczanami i przechodziła na ich prawa. W dowód tego, weźmy tylko spisy mieszczan przed 60 latami, zobaczymy w nich nazwiska Badowskich, Burchardów, Górnickich, Jezierskich, Korczaków, Kowalskich, Kędzierskich, Sadowskich, Satkowskich, Garczyńskich, Parczewskich, Rutkiewiczów, Ziółkich i wiele innych, a nawet  Szydłowskich, którzy może byli odrostkami dawnych dziedziców miasta Szydłowieckich. Po zejściu ostatniego z Radziwiłłów prawa i dobry byt mieszczan uległy niejakim nadwyrężeniom, a różne wypadki w początku XIX wieku klęsk ich dokonały. Dopiero z przejściem na własność księżnej Sapieżyny stan Szydłowca na nowo polepszać się począł. Zacna ta pani, hołdując powszechnym podówczas w kraju naszym humanitarnym dążeniom nie tylko starała się zapobiec chwilowym potrzebom, ale także dbała o położenie fundamentów przyszłej pomyślności i oświaty w nowo nabytej swej posiadłości. Z jej polecenia i jej kosztem wymurowana została szkoła parafialna, w której zaprowadzono metodę Lancastra i do której oprócz mieszczan, wielu polskich obywateli ziemskich posyłało uczyć swe dzieci. Z jej również natchnienia założony został z funduszu przez miasto na masie radziwiłłowskiej wygranego, bank miejski dla wspierania w potrzebie mieszkańców.

Kiedy tak miasto Szydłowiec i dobra szydłowieckie wznosić się zaczęły pod pieczą zacnej właścicielki, minister książę Drucki Lubecki zapragnął dobrami szydłowieckimi i fabryczkami zaokrąglić fabryki żelazne rządowe, zachęcany dobrocią żelaza wytapianego z rudy w Mroczkowie,  a wykutego w Kamienny. Większym powabem jeszcze były ogromne lasy starannie dotychczas dozorowane i oszczędzane. Niechętnie księżna Sapieżyna przyjmowała propozycje zamiany Szydłowca na dobra rządowe, lecz nalegania i ofiarowana wartość skłoniły księżną do rozstania się z ulubionymi i intratnymi dobrami. Starostwa kazimierskie, wąwolnickie i gołębskie po prawym brzegu Wisły, a Żbików, Ostrówek i  Borzęcin za Warszawą dostały się księżnie w zamianę, która w 1827 roku uskuteczniona została. Odtąd miasto Szydłowiec z dobrami otaczającymi przeszło na własność rządu.

 Kościół farny w mieście Szydłowcu, w rynku katolickim  od strony południowej stojący, jest murowany z kamienia piaskowca płytowego i w narożnikach poniektórych ścianach ciosowego, dachówką holenderską kryty znakomitej jest wysokości i obszerności a na około murem zewnętrznym obwiedziony.(…)

Od strony zachodniej jest babiniec przed wielkimi drzwiami kościoła, z dachem pół rotundy, to przezeń przechodzi się po schodach w ulicę głęboką ku mansjonarnii. Stąd wracając, po prawej stronie babińca w kącie obmurowania wchodzisz do kostnicy, gdzie skład ludzkich kości z grobów wydobywanych był podówczas, gdy cmentarz był przy  kościele. Kopano prawie grób na grobie. Dlatego to potrzeba była składu osobnego na takie kości, a gdy kostnica została zapełniona, odprawiano ogólny pogrzeb kości i nabożeństwo za dusze wszystkich zmarłych. Pamiętam taki wielki pogrzeb kości z owej kostnicy odprawiany przez księdza Straszaka, wkrótce po przybyciu jego do Szydłowca, zdaje się w 1809 r. Pomiędzy przenoszonymi resztkami kości pamiętam, był kościotrup nazwiskiem Długosz, który z grobu swego przed kilku laty wyjęty i postawiony w kącie kostnicy stał cały i nie zepsuty w odzieniu kształtu togi. Bez wątpienia nie był tu Długosz historyk, ale musiała być rodzina, z której w Szydłowcu dotąd żyje Michał Długosz. A staw z młynem i tartakiem za Szydłowcem ku wsi Rybianka także Długoszem nazywają. Po lewej stronie idąc w kościół od babińca (który także kruchtą wielką nazywano) w kącie zewnętrznego obmurowania jest dzwonnica murowana, dosyć wysoka, lochem piramidalnym zakończona, mocno na fundamentach postawiona. W niej to jest ogromny dzwon Zygmunt, którego do dzwonienia rozkołysać prawie niepodobna, więc tylko sercem uderzają. Obok wielkiego dzwonu są dwa mniejsze, wszystkie zaś rzadkiej doskonałości i bardzo głośne, podczas pogody słychać je w dwie mile w Borkowicach.

Od strony północnej, to jest od strony miasta, w obwodzie obmurowania jest brama, którą przechodzi procesja, a obok baszta, pod którą jest przejście do kościoła. Opodal zaś baszty, za murem idąc ku miastu, wystawiony jest szpital dla dziadów. W tym szpitalu, pamiętam, lat temu około 50 żył bardzo stary dziad Mateusz Jezierski, który co niedziela do wszystkich domów katolickich roznosił dzbankiem i nalewał w kropielniczki przy drzwiach wiszące święconą wodę. Przy wejściu do domu witał słowami: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, a wychodząc mówił: „Pokój temu domowi”. Mieszkańcy odpowiadali na jedno i drugie błogosławieństwo starego: „Na wieki wieków amen”. Nie dopominał się o nic, jakby wykonując posługę bezpłatną, ale zwykle śpieszono z datkiem, który przyjmował nie patrząc. Przyjemnie było spojrzeć na tego starca: czysty, schludny, głowa i broda pięknie uczesane, nosił płaszcz szaraczkowy, porządny z krzyżem trynitarskim przy lewym boku. Lubił zachodzić do domów, gdzie było wiele dzieci. Znały go wszystkie i obstępowały wokoło, a on czystym i przyjemnym głosem wykładał prawdy wiary lub opowiadał bajeczki moralne, które dzieci słuchały z natężoną uwagą. Nigdy się nie wdawał w inne gawędy.

 Od strony wschodniej w obwodzie obmurowania wewnątrz czytamy następujący napis na nagrobku na wmurowanej kamiennej płycie: „X. Józef Gawdzicki proboszcz szydłowiecki, kanonik inflatski, żyjąc lat 66 zarządzał tym  kościołem lat 13, usprawiedliwiony Bogu i ludziom umarł dnia 6 lutego 1808 r.” Był to brat starszy księżnej Mikołajowej Radziwiłłowej. Wspomnimy tu o księżnej Mikołajowej Radziwiłłowej znanej z piękności ciała i duszy. Pochodziła ona z ubogiej rodziny, przeto familia księcia niechętna temu małżeństwu nie przyjmowała jej w swój poczet, usiłując przez różne zabiegi i intrygi skłonić księcia do rozwodu. Ale sam Radziwiłł i jej bracia, ksiądz Józef, proboszcz szydłowiecki, i pułkownik Feliks Gawdzicki przystać na to nie chcieli; dlatego też Feliks zamieścił na nagrobku napis „nierozdzieleni za życia”. Pamiętam, gdy księżnę wieziono zmarłą z Orońska do kościoła szydłowieckiego (1806 r.), wyszliśmy z procesją dla przyjęcia zwłok za miasto do figury Najświętszej Panny Bolesnej, gdzie była kaplica przy drodze od wsi Świerczka. Zwłoki wieziono na okazałym karawanie. Całego miasta wyległa ludność, choć był to grudniowy wieczór. Widziałem, że i Żydzi trzymali w rękach gromnice gorejące i z nimi weszli do kościoła. Ta księżna po śmierci męża już nie mieszkała w Szydłowcu. Dano jej tylko od familii wieś Orońsko i drugą małą wioskę Krogulczę. I w Orońsku też życie zakończyła. Bratu jej, Feliksowi Gawdzickiemu, dano wieś Dobrut. Był to mąż wielce zacny i światły. Pisał ulotne i żartobliwe ramotki, zbierał różne niedrukowane koncepta i gromadził do tak zwanej „Torby Dziadowskiej”, którą pożyczył od niego i nie oddał mu hrabia Kiciński. Tak mi o tym mówił sam Gawdzicki w Warszawie w 1827 roku. Lubił on wielce młodych ludzi. A wtenczas miał nas dwunastu, z których każdy musiał u niego być co drugi dzień osobno po godzinie i zawsze coś opowiedzieć z brukowych wiadomości.

 Od strony południowej jest w obmurowaniu nad jarem wyjście przez most na palach, dość wysoki i szeroki, prowadzący do plebanii, za którym w dziedzińcu na prawo stoi oficyna dla kapelana i innych sług kościoła, ekonomiczne budowle za ogrodami ku Korzeniowej Woli. Kiedy ostatnim razem zwiedzałem Szydłowiec, zastałem tam jeszcze mansjonarza księdza Zawiszę z zakonu paulińskiego. Zacny ten staruszek, liczący lat około 90 nosił habit pauliński, a mimo zgrzybiałego wieku był zdrów i rześki. Czytał codziennie mszę świętą bez okularów, a w niedzielę śpiewał sumę silnym i dźwięcznym głosem. Obficie zażywał tabaczkę, kochał młodzież szkółki parafialnej i rad z nią czas przepędzał. Kochany od niej i szanowany zwykł był zawsze zachęcać malców do wzajemnej miłości i zgody, mawiając słowami św. Jana apostoła : Filioli mii diligate vos invicem!

 Kościół przedstawia się z dala jako budynek bardzo starożytny i wspaniały: trzy części dachu widzisz od pierwszego rzutu; osobny dach nad zakrystią i skarbcem, osobny na całym kościele ze wspaniałą kopułą, w której umieszczona jest sygnaturka, i osobny nad babińcem, czyli wielką kruchtą, a łączne  dachy poprzeczne krzyżują się nad kaplicami. Pod dachami dla ubezpieczenia od ciężaru dachówki holenderskiej są mocne wiązania, a najsilniejsze pod kopułą. Kopuła ogromnej wysokości podobno wyższa jest od wieży ratuszowej. Stary dziad Mateusz Jezierski opowiadał, że w roku 1794 w tę kopułę uderzył piorun i sztyber pod krzyżem zapalił. Przestrach ludności chrześcijańskiej miasta był niezmierny, obawiano się, aby kościół nie spłonął. Ale odważny cieśla Michał Judziński nie pomnąc na własne niebezpieczeństwo, zakłada za pas siekierę i cudem prawie dostaje się  pod palący się sztyber. Rąbie go, rzuca z krzyżem na ziemię, a resztę piorunowego ognia w osadzie kopuły zalewa kozim mlekiem. Tym tylko bowiem sposobem według opinii ludu tutejszego, ogień od pioruna wszczęty ugasić się daje. Odtąd kopuła stała czas długi bez krzyża, który, ile pamiętam, miał około pięciu łokci długości. Nie można było znaleźć majstra, który by go postawił na kopułę. Judziński podjąć się nie chciał. Dopiero w roku 1814 przybył z Krakowa majster nazwiskiem Malinowski. Człowiek ten  stary, chudy, zwiędły miał do pomocy syna wyrostka silnego i zręcznego. Zgodził się z proboszczem podobno za tysiąc złotych i krzyż odnowiwszy, na nowym szybrze, który blachą angielską pokrył, na kopułę wywindował i postawił, pracując nie więcej jak dwa miesiące. Pamiętam, jak po ukończeniu tego arcydzieła sztuki i odwagi, Malinowski zwyciężca tylu trudów, stojąc na wysokości, z której krzyż zaledwie się półłokciowym wydaje, wypił butelkę wina duszkiem, próżną odrzucił, a wyjąwszy zza pasa pistolet nabity wystrzelił zeń na salwę. Gdy zszedł na ziemię spod obłoków, poprowadzony przez znakomitszych obywateli przed wielki ołtarz, posadzony został w ławie księżej, a po odprawionych nieszporach proboszcz i obywatelstwo podejmowali go wspaniale.(…)

 Kościół szydłowiecki, jak się zdaje, od czasów swego postawienia nie był otynkowany, mury od starości okopciały, w wielu nawet miejscach, w dziurach pozostałych od zdjętego rusztowania, gnieździły się dzikie pszczoły, zapuszczające się w szczeliny i środkowe tych murów rozpadliny. Jeden z proboszczów daremnie chciał je stąd wydobyć, wybrał tylko dość miodu i wosku, który dla swej starości i czarnej barwy mało był przydatny. Uposażenie probostwa szydłowieckiego było bardzo znaczne, liczono je do najznakomitszych w całej diecezji. Należały do probostwa ze wszystkimi dochodami: wieś Korzeniowa Wola, której folwark był pod miastem, nie więcej jak półtorej wiorsty odległa, wieś Świerczek odległa o wiorst około pięciu, pierwsza od południowej strony miasta, druga od północnej ku Radomiowi. Należał także młyn i staw za miastem na rzece Korzeniówce, tudzież dwie karczmy w mieście murowana i drewniana za kościołem. Nadto proboszcz pobierał dziesięcinę wytyczną z miasta, którą później zamieniono na pieniądze. Wreszcie dawnymi czasy należało do probostwa wiele szynków i domów na ulicy, która się dotąd Plebańska nazywa. Późniejsze zmiany o wiele uszczupliły fundusze probostwa. (….)

Od strony północnej Szydłowca jest drugi kościół św. Ducha czyli św. Anny, dziś filialny, niegdyś szpitalnym zwany, cały drewniany, modrzewiowy, poczerniały od starości wewnątrz i zewnątrz, dach gontem modrzewiowym kryty, kopuła także modrzewiowa. We środku ma trzy ołtarze snycerskiej roboty bardzo misternej, wspierają się one na kolumnach białych, gipsowych, które pięknie odbijały się od poczerniałych ścian kościoła. W roku 1811 w kościółku tym odbył się egzamin szkółki parafialnej (Lancastra ) naówczas około 70 dzieci obojej płci liczącej. Egzamin trwał od rana do godziny trzeciej po południu, pod prezydencją ks. Straszaka, plebana szydłowieckiego, w obecności licznych gości i obywateli ziemskich i miejskich.

Księżna Anna Sapieżyna dziedziczka lubiła bywać i modlić się w tym kościele. Otoczony był dookoła drzewem rżniętym doskonale w słupy, oparkaniony i wspaniale lipami starożytnymi w ogrodzeniu ozdobiony. Ale ogrodzenie to już od roku 1810 upadać zaczęło, potem poszło w ruinę. Obok kościoła stał domek dla księdza i gospodarskie zabudowania z ogrodem, które również rujnować się już w owym czasie poczynały. (…)

Za miastem, na zachód ku lasowi zwanemu Piaseczna Góra obok Starej Wsi należał do szpitalnego kościoła folwarczek z kawałem gruntu i piękną na płaszczyźnie łąką. Stał tam piękny otoczony ogrodem domek z sadzawką i z gospodarskimi zabudowaniami. W Starej Wsi mieszkało kilku gospodarzy włościan pracujących dla tegoż folwarczku, a który powszechnie nazywano kaznodziejstwem, z powodu że proboszcz szpitalnego kościoła był zarazem kaznodzieją przy farnym kościele.

 Ostatnim proboszczem szpitalnym był kaznodzieja kapelan ks. Eustachy Zabarski, pełen nauki, światła i znakomitej wymowy kapłan. Umarł dnia 2 maja 1821 roku. Po jego śmierci kościół szpitalny nie miał osobnego księdza , a fundusze jego wcielone zostały do głównego probostwa przy farze.

 W środku rynku katolickiego wznosi się ratusz, murowany z kamienia piaskowca. Jego wieża wyniosła zdaje się przewyższać kopułę kościoła farnego, choć w rzeczy samej nie dochodzi jej wysokości. Zbudowany jest w pięknym stylu architektury gotyckiej, widocznie później od kościoła, jak się zdaje przez Odrowążów Szydłowieckich, którzy też prawo teutońskie do swego miasta Szydłowca zaprowadzili. (Pomyłka autora wspomnień, ratusz został zbudowany w XVII wieku  za pieniądze mieszczan, zgodę na budowę wyraził ówczesny właściciel Szydłowca   Mikołaj Krzysztof Radziwiłł zwany Sierotką). Erekcja kościoła katolickiego z 1433 roku, wydana przez Odrowążów , Jakuba i Sławka, wspomina, że szynkarze należący do probostwa mają prawo rządzić się i bronić według praw niemieckich „ nec non eodem jure theutonicali se defendebunt et allis respondebunt”, jak się to już wyżej powiedziało znakomitsze miasta i miasteczka zobowiązane były rządzić się prawem teutońskim czyli niemieckim, a od wydania magdeburskiego także zwane magdeburskim. Z owej toż erekcji widać, że Odrowążowie Szydłowieccy usiłowali utrzymywać to prawo, a może więc i ratusz był postawiony na ten cel w Szydłowcu… (…) Mój wuj Serwalli, który czytał prawa miejskie szydłowieckie, ze zgrozą w 1808 roku opowiadał mi, że za kradzież pół korca żyta jakiś Markiewicz skazany został na powieszenie. Wyrok wykonany był na szubienicy wystawionej na wzgórku przy drodze idącej ku wsi Szydłówkowi w uroczysku Tanecznicy. Podobno tak się nazywało z przyczyny, iż według wyobrażeń pospólstwa, duchy powieszonych nieboszczyków oddawały się tam po nocach tańcom. Pomiędzy starszemi obywatelami miasta zachowały się liczne podania o sądach według praw magdeburskich w Szydłowcu, Starszy obywatel wiekiem, słynny z rozumu i cnoty  chociażby czytać i  pisać nieumiejący, z wyboru zostawał sędzią. I takimi też byli radni miasta. Zdaje si, że tylko pisarz i instygator byli ludźmi piśmiennymi. Oni to czytali sądzącym prawa i pisali wyroki więzienia lub śmierci.

Od wschodniej strony wieży ratusza umieszczony jest zegar. Po obu stronach frontonu w ustępie były kordegardy dla mniejszych przestępców, zwłaszcza wojskowych. Zaś przed frontem znajdował się odwach czyli miejsce głównej straży. Drzwi frontowe od wschodu na zachód przez fronton stały na przestrzał. A we frontonie w sieni po prawej stronie był wielki loch podziemny, do którego wrzucano więźniów za ciężkie przestępstwa . Otwór lochu pokryty był kratą żelazną zamykaną na wielką kłódkę i nakładano na wierzch ogromny kamień płytowy zwany pierzyną. Schodów do lochów nie było, lecz spuszczano więźniów po drabinie. Wsadzić kogo pod pierzynę znaczyło spuścić go do lochu podziemnego, pokryć kratą żelazną, zamknąć na kłódkę i przywalić kratę kamieniem. Nieszczęśliwy więzień wyłaził po drabinie do tego okna i przyjmował przez kratę pożywienie, chleb i wodę. Pozbawiony świeżego powietrza znosił on wszystkie przykrości wynikające z wewnętrznego w głębi plugastwa i nieczystości. Jeszcze około 1808 roku patrzyłem na takie, duszę wzdrygające męki kilku więźniów pod pierzynę posadzonych. W 1810 roku byli tam wsadzeni Sadkowski i Kędzierski, którzy jakiegoś konsula austriackiego przejeżdżającemu lasem ku Skarżysku Książęcemu zabili.  W korpusie ratusza po prawej i po lewej stronie sieni były komnaty sklepione dla kancelarii Magistratu. Schodami po prawej stronie sieni wchodziło się na piętro i do wieży zegarowej. Od strony północnej prowadziły schody na piętro do dwóch izb, z których jedna nazywała się  izbą sądową, a druga archiwum. W izbie sądowej wprost wchodowych drzwi, pomiędzy oknami przy ścianie południowej, stało na wzniesieniu wielkie krzesło dla sędziego prezydującego, a nad nim krucyfiks z wyobrażeniem Zbawiciela (który przeniesiono w 1810 roku do kościoła farnego i umieszczono go w kaplicy od strony południowej). A nad krucyfiksem na ścianie czytałeś napis wielkimi literami: Bóg widzi, na ścianie zachodniej: Czas ucieka, na ścianie północnej nad drzwiami wchodowymi: Śmierć goni, a na ścianie wschodniej nad drzwiami do archiwum: Wieczność czeka. Dookoła siedzenia sędziego prezydującego stały krzesła wspaniałe, chociaż mniej wzniesione, po sześć z każdej strony dla radnych. Przy drzwiach wchodowych po lewej stronie było stallum, tj. stanowisko dla instygatora. W tej to izbie sędzia z radnymi sądzili winowajców według prawa magdeburskiego, rozstrzygali wszelkie kwestie sporne, albowiem zarówno sprawy cywilne jak i kryminalne należały do jurysdykcji sądu miejskiego.

W lochach pod ratuszem, od strony zachodniej, były podziemne więzienia i katownie, w których brano na tortury winowajców. W jednym z tych podziemi (suteren) po prawej stronie w ścianach widziałem żelazne haki, które służyły do przyczepiania powrozów na wyciąganie torturowanych; po lewej stronie było więzienie dla przestępców na ciężkie męki skazywanych.

Mówiono mi nawet, że tam przy oczyszczaniu (1807) znajdowano kości, golenie, żebra, grzbiety i czaszki ludzkie ziemią przywalone. Może jednak te opowiadania są mniej wiarygodne.

 Widok ratusza zewnątrz jest bardzo wspaniały. Dachy na całym korpusie ukryte są pomiędzy liczne gzymsatury, filarki i kopułki. Cztery bastiony na węgłach czworościennego korpusu okrągłe, z wieżyczkami, daleko wyższe nad ściany, zakończone były cudnymi kopułkami sześciookiennymi, do których  prowadzą od strychu ciasne wejścia po tak wąskich schodach, że ledwie jeden człowiek wchodzić może  do szczytu bastionów – pod którymi u spodu na wszystkich rogach były strażnice dla miejskich stróżów nocnych. Na wszystkich ścianach korpusu zewnątrz pod gzymsem widzimy piękne framugi ozdobne w półkoliste zakończenia u wierzchu a w nich wymalowaną w arabeski mękę Chrystusa. Mury te jednak przez  długie czasy poczerniały  i gdym je ostatni raz oglądał zaledwie kilka stacji tej Bożej męki rozpoznać można było. Wspaniały ten gmach starożytny chylił się już wtedy do upadku i groził ruiną. W 1826 r. odrestaurowany wprawdzie został. Ale utracił ślady znakomitych starodawnych ozdób  i wspaniałej architektury starodawnej. Zaledwie, że przywrócono mu główny zegar dla ogólnego pożytku miasta, gdy z dawnego zegara pozostał tylko dzwon, w który młotkiem bito na schadzkę, gdy wzywano na obrady obywateli miasta. Obok ratusza w stronie południowej czyli ku kościołowi farnemu, na piedestale okrągłym z trzech schodków stał słup kamienny około sześciu łokci wysoki, także okrągło obrobiony i gruby może do dwudziestu cali średnicy. Płyta okrągła na nim leżąca, otoczona żelazną galerią, około trzech łokci średnicy mająca, mieściła w środku postać kobiety z kamienia, u której już była głowa odbita. Starzy ludzie mi opowiadali, że za czasów sądów miejskich wsadzano na tę galerię kobiety, które wstyd straciły ku pośmiewisku ludu i zbawiennej przestrodze innych kobiet. Słup ten nazywano Zośką, zapewne od imienia pierwszej kobiety, która na nim sromotnie była wystawiona.

 Rynek kwadratowy, w środku którego stoi ratusz, zdobiły niegdyś starodawnej architektury kamienice, a mianowicie od wschodu Garczyńskich, Rutkiewiczów, Korczaków, Sadkowskich i kilku innych, już teraz po większej części na nowszy sposób poprzerabiane. Od strony zachodniej stały przed pięćdziesięciu laty szczątki kamienicy piętrowej blisko ulicy z rynku ku zamkowi idącej, także gotyckiej architektury, zapewne jednocześnie stawianej z ratuszem. Ale kamienica ta za moich czasów zaledwie na dole była zamieszkana przez miejskich pachołków. Obok niej ku południowi widziałem już zupełne rozwaliny innej, jak mówiono, kamienicy. W dali spostrzegałeś ślady (na pochyłości wzgórka ku zachodowi) dawnych ogrodów, co dowodziły pnie po upadłych drzewach, tudzież agresty i porzeczki zdziczałe, a jak się zdaje w kwatery kwadratowe niegdyś sadzone. W tych to kamienicach było prawdopodobnie mieszkanie Odrowążów Szydłowieckich, wprzód aniżeli został zbudowany zamek. Z innych kamienic przy tym rynku wspomnę Herszka Zelmanowicza na rogu w stronie północnej i Szulima Ickowicza (sędziego pokoju) przy ulicy Wielkiej, łączącej oba rynki katolicki i żydowski. Był ten starozakonny bardzo roztropnym człowiekiem. Ród swój wywodził z familii Esterki kochanki Kazimierza Wielkiego. Oprócz handlu winem miał swoje wyborne wyroby miodu, który doskonale umiał sycić, a także maliniaki i wiśniaki miodem sycone. Zgoda u niego zrobiona kończyła się wypróżnieniem uczciwej miary tych napitków. I rzadki to był wypadek, żeby się zwaśnieni nie pogodzili, bo Szulim dobrze umiał godzić. Wyborne piwo szydłowieckie na kwarty, szklanki i z butelek zakorkowanych było u mieszczanina w rynku od strony północnej nazwiskiem Zaborski. W każdy poniedziałek odbywał się w mieście bardzo ludny targ. Wyszynk piwa u Zaborskiego był w taki dzień był tak wielki, że u niego samego wypijano sześć do dziesięciu beczek 30 garncowych piwa. Ponadto było w mieście wiele nowych piwnych szynków. Pamiętam jedną awanturę w tym szynku w 1812 roku. Przyszedł tam na piwo obywatel podobno z Rejowa, Michałowski. Sławny siłacz, bo w biegu karetę sześcioma końmi zaprzężoną uchwyciwszy za koła potrafił zatrzymać. Końskie podkowy w ręku łamał. Żydów sztabą żelazną opasywał, młotem kuźniczym do pięciu cetnarów ważącym , bez pomocy wody, podnosząc o kowadło uderzał. Półpijany zasiadał za stołem, kazał dać sobie butelkę piwa, wypił i dobywszy dwuzłotówkę złamał ją w zębach na połowę. Szturchnął w brodę kłykciem jakiegoś szlachcica mizeraka i rzekł: „potraf że tak, durniu”. Ów odpowiedział: „ja trochę więcej potrafię”. Wszyscy obecni śmiać się zaczęli z niedowierzaniem. On zaś rzuciwszy piątaczka za butelkę piwa, tak wyrżnął w gębę Michałowskiego, że nieborak niby martwy spadł pod ławę. Zbił go pięściami bez powstania i spokojnie opuścił karczmę. A kto on był, nikt się nie dowiedział.

         Zamek w stronie zachodnio – północnej miasta silnie wymurowany nie fortyfikowany, ale mający kształt starożytnego, zamkniętego pałacu stoi na kępie wokoło wodą oblanej. Idąc od miasta z rynku przechodzi się do zamku przez most na rzece zwanej Korzeniówką, lub przez groblę nad stawem  około zwierzyńca przez podzamcze. Dawniej był na kanale most zwodzony, lecz za mojej pamięci stał już most zwyczajny na palach w środku wygięty w górę. Zamek opasany jest wałem, na którym rosną grusze, jabłonie, śliwy białe i morwy. Z mostu do zamku wchodzi się od strony zachodniej przez bramę nad którą stała wspaniała kaplica. Z bramy wchodzi się na wybrukowany dziedziniec. Od zachodu po lewej stronie bramy i od północy stoją pawilony trzypiętrowe z licznymi komnatami. Od  strony wschodniej jest korpus zamku także trzypiętrowy. A nad wschodnią bramą do korpusu pod herbami książąt Radziwiłłów czytamy napis: „Albertus Stanislaus Radziwiłł Dei gratia Dux in Ołyka et Nieśwież S.R.T. C. Comes in Szydłowiec et Mir, Castellaneus Trocensis Capitaneus Szereszoviensis, A. D.1629 die 5 7 – bris.”                                

 Z bramy po okrągło kręconych 192 schodach wiodących do trzeciego piętra, tak łatwych do przejścia, że człowiek nie czuje żadnego zmęczenia i na koniu łatwo wjechać można, wchodzi się do dawnego mieszkania książąt. Sale malowane na biało i kolorowo ze złoconymi lamperiami i wąskimi gzymsowaniami u góry. Z narożnych komnat korpusu wchodziło się do  galerii narożnych na podstawie w sześciokąt wymurowanej wzniesionych. Galerie te są zaopatrzone kształtnymi balustradami kamiennymi i takimiż tablaturami. Od korpusów do pawilonów były przejścia przez galerie drewniane na obu wyższych piętrach. A każde piętro miało prawie osiem metrów wysokości. Dzch na całym zamku kryty dachówką holenderską, bardzo mocną, a tylko nad kaplicą tj. nad bramą wschodnią, nieco wyższą nad pawilony, był z gontów modrzewiowych. Od strony południowej dziedziniec jest zasłoniony grubym murem, w środku którego są drzwi do wyjścia na wał  wokoło zamku.

 Przy wyjściu dość ciasnymi drzwiami na wał , w dziedzińcu stały ogromne dwie topole piramidalne, a po lewej stronie kamień piaskowiec w kształcie bułki chleba. Starzy ludzie opowiadali, że ten kamień był pamiątką wiekuistą, że bułka chleba za trzy grosze była tak wielką jak forma tegoż kamienia w czasach budowania zamku. Gdy jednak kamień ten miał około dwóch łokci średnicy, a wysokość około trzy ćwierci łokcia, wnosić należy, że tradycja ta, jak wiele innych jest bajeczną.

 Z wału od korpusu na wschód miał być most rzucony z pierwszego piętra przez staw aż do grobli ciągnącej się od miasta koło stawu. Jakoż usprawiedliwiały to dwa słupy murowane na tejże grobli stojące wprost środkowej galerii zamkowej przy pierwszym piętrze, a które to słupy zostały zwalone przed laty pięćdziesięciu i nie pozostało teraz po nich śladu. Było to zapewne przejście do ogrodu angielskiego pod miastem, w środku którego na wysepce oblanej sadzawką, już teraz całkiem zrównanej, stał jakiś domek murowany, może to była altana podwieczorkowa dla książąt.

Wyżej ku miastu, między wspaniałymi starymi lipami, stała na piedestale z jednego kamienia wspaniała rzeźba, kolosalna statua Samsona z Herkulesem olbrzymiej a nagiej postaci. Musiało też być wiele innych podobnych ozdób ogrodowych, co dowodziły kamienne ułamki rzeźbione, napotykane tu i ówdzie w ogrodzie, a które widać, mniej czas, a więcej swawola ludzka popsowała. Pod miastem także przed laty pięćdziesięciu, widziałem ruiny murowanej budowli, która zapewne była oranżerią. Blisko zaś ulicy zamkowej stał cały domek ogrodnika, w którym mieszkał za moich czasów stary Daniel do 1810 roku. Ale po jego śmierci umyślnie ten domek zniesiono.

Księżna Anna Aleksandrowa Sapieżyna znacznym nakładem ogród wyporządziła, czyniąc zeń miłe bardzo miejsce przechadzki dla mieszkańców miasta.

 Podzamcze miało kilka budowli mieszkalnych dla oficjalistów. Najstarszy dworek był przy młynku. Miał ganek ozdobiony ogromnymi rogami jelenimi. W nim zapewne mieściły się przybory myśliwskie Radziwiłłów. Od 1808 roku mieszkał tam nadleśniczy Baranowski. Obok młynka był tartak i garbarnia.

 W stronie zachodniej na podzamczu stał większy dworek, w którym się pomieszczała podprefektura szydłowiecka. W innych trzech mieszkali oficjaliści zarządu ekonomicznego. Obok podzamcza od strony północnej ciągną się murowane z kamienia budynki słynnego niegdyś browaru piwa z doskonale sklepionymi piwnicami. Tam to wyrabiano owo sławne piwo szydłowieckie.

 Od strony południowej podzamcza, za stawem wzdłuż drogi od miasta do Starej Wsi, był obszerny zwierzyniec prawie w kwadrat kilku morgów obejmujący, którego wysokie ogrodzenie z drzewa, na pół rżniętego w slupy trwały jeszcze do 1810 roku. W zwierzyńcu tym pod Starą Wsią tryskało obfite źródło najlepszej żywej wody, która z cembrzyny wypływała promieniem około trzech calowej średnicy do pięciu sadzawek już zniszczonych, po części pozarastałych tatarakiem, krzewami nawodnymi i olszyną. Sadzawka będąca najbliżej zamku przy grobli dawnemi czasy była bardzo głęboka. W niej to podczas wojny szwedzkiej, gdy nieprzyjaciel ciągnął do Krakowa, zatopiono srebra książąt Radziwiłłów, które tam mają dotąd spoczywać. W tym zwierzyńcu rosły wiązy (ulmus) nadzwyczajnej grubości i wysokości, tak że we wnętrzu niektórych ich pni mogło się przed deszczem schronić troje ludzi. Od strony południowej zwierzyńca był gaj z brzóz i sośniny, a tam pod jesień zbierano obficie rosnące rydze. Mówiono, że w tym zwierzyńcu chowały się jelenie sarny, daniele i dość zajęcy. Ale to już dawno zostało wyniszczone, bo ostatni dziedzice książęta Radziwiłłowie nie bardzo podobali sobie w myślistwie.

Autor wspomnień o Szydłowcu Józef Gluziński żył w latach 1799 – 1866. Podobno jego przodkowie nosili nazwisko Wiercimak. Jeden z nich przyjął nazwisko żony Gluzińskiej . Jako szlachta Gluzińscy herbu Korczak pojawiają się dopiero w połowie XVIII wieku. Józef Gluziński syn Andrzeja i Brygidy z Ruzików . szkołę elementarną ukończył w Szydłowcu w 1811 roku, o dalszej jego edukacji nic nie wiemy. Pracował w zarządzie dóbr księżnej Anny z Zamoyskich Sapieżyny nie wiemy na jakim stanowisku. Był znakomitym obserwatorem zarówno życia codziennego jak i niezwykłych wydarzeń. W swoich pracach udziela porad w zakresie zarządzania majątkami ziemskimi np.: „O administrowaniu dobrami  ziemskimi” i „Drobnostki gospodarskie z z własnego 40 – letniego doświadczenia spisane” . Jest zainteresowany etnografią, zwyczajami, obyczajami, wierzeniami ludowymi ,obrzędami, medycyną ludową np. „Włościanie polscy pod względem charakteru, zwyczajów, obyczajów i przesądów”. Jego  wspomnienia związane z Szydłowcem rozproszone w pismach i zawarte w pamiętnikach są doskonałym obrazem epoki.

 

Józef Gluziński wyjechał z Szydłowca w roku 1828 równocześnie z Anną Sapieżyną. Pracuje w różnych majątkach ziemskich. W 1852 roku  udokumentował w Warszawie swoją przynależność do szlachty. Kupił wieś Szołudki nad rzeką Boh, gdzie zamieszkał z żoną Ludwiką z Wysockich i dziećmi synem Piotrem i córką Leopoldyną. Zmarł w Szołudkach.  

18 września 2017 roku na sesji Rady Miejskiej w Szydłowcu przewodniczący Marek Koniarczyk odczytał wniosek Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Szydłowca o nadanie imienia Józefa Gluzińskiego dla jednej z szydłowieckich ulic.

Wspomnienia opublikowane dzięki uprzejmości pani Ireny Przybyłowskiej – Hanusz.