Czym byłyby Szydłowieckie Zygmunty bez wywiadu z gwiazdą wieczoru na portalu Nasz Szydłowiec? Od kilku lat serwujemy naszym czytelnikom rozmowę z kimś kto 2 maja wieczorem sprawił, że wspaniała szydłowiecka publiczność szalała pod sceną do późnych godzin wieczornych. 

W tym roku gwiazdą szydłowieckich Zygmuntów był znany w naszym mieście radomski zespół IRA. Tuż po koncercie Marcin Banaszczyk, redaktor portalu Nasz Szydłowiec spotkał się z liderem grupy Arturem Gadowskim.

Zapis tej sympatycznej rozmowy przedstawiamy poniżej:

W świetnej formie zaprezentował się zespół IRA dziś wieczorem w Szydłowcu. Obserwowałem i słuchałem Was z perspektywy publiczności i naprawdę robiło to wszystko wrażenie. Dobrze Wam się dziś grało? 

Artur Gadowski: Rewelacyjnie nam się grało, tym bardziej, że tak jak wspomniałem ze sceny był to nasz pierwszy plenerowy koncert w tym roku. Właśnie u Was rozpoczęliśmy ten sezon wiosenno – letni. I zazwyczaj jest tak, że podczas tych pierwszych koncertów coś nie gra, a w Szydłowcu naprawdę wszystko zagrało całkiem sympatycznie. Super reakcje publiczności, które też nas podkręcały w trakcie koncertu. Mamy nadzieję, że publiczność również czuła tę energię.

Nie sposób było nie zauważyć pewnych zmian w repertuarze zespołu. Czy to właśnie są te zmiany na nowy sezon? 

Zawsze staramy się coś zmieniać, coś dodać do naszych koncertów. Tym bardziej, że co kilka lat wydajemy nową płytę i nasz materiał koncertowy siłą rzeczy również się poszerza. Przez 30 lat nazbierało się tyle piosenek, że śmiało możemy bawić się w różne układanki.

Z kilku szybkich rozmów ze znajomymi dowiedziałem się, że byli zaskoczeni Nirvaną. Skąd ten pomysł? 

Sebastian (Piekarek, gitarzysta zespołu, przyp.red.) przyszedł kiedyś na próbę i zapytał co byśmy powiedzieli na to, gdybyśmy zagrali Nirvanę, a ja bym zaśpiewał? No to my na to „śpiewaj” (śmiech). Mamy ten komfort, że nikomu nie musimy nic udowadniać i czasami możemy zagrać coś co nam się podoba.

Ostatni raz w Szydłowcu zagraliście trzy lata temu. Jak wspominasz tamten dzień? 

To był bardzo ważny koncert. Ważny cel, bo wspólnie zbieraliśmy fundusze dla chorej Wioli. Jak się skończyło wszyscy wiemy, nie ma co do tego wracać. Podobnie jak dziś wtedy też była fajna energia. Dużo się działo w ogóle przy tym koncercie.

A często w ogóle bierzecie udział w takich charytatywnych imprezach? 

W charytatywnych imprezach udział bierzemy wtedy kiedy mamy na to czas, a gramy naprawdę bardzo dużo koncertów. Tylko jako zespół w ubiegłym roku zagraliśmy 101 koncertów. Nie liczę do tego naszych osobnych projektów. To jest bardzo dużo, fizycznie jest to w jakiś sposób wyczerpujące. Ale nie stronimy od pomocy, jeżeli jest to tylko możliwe.

Wszyscy dobrze wiemy, że prywatnie jesteś związany od lat z Szydłowcem. Czy koncert w naszym mieście jest dla Ciebie inny niż np. na Pomorzu? 

Oczywiście, że tak. W Szydłowcu jest swego rodzaju obciążenie. Przychodzą znajomi, rodzina. Trzeba się zaprezentować jak najlepiej, bo oni później recenzują, więc nie można się zapomnieć (śmiech). Tym bardziej, że wielu z nich zna się na tym co robimy. Poza tym Szydłowiec to miasto, które znam od dzieciństwa, więc jakiś sentyment jest.

Wiem, że oprócz wykonywania muzyki interesujesz się również muzyką. Dużo słuchasz, szukasz, szperasz za nowymi wykonawcami. Czy Artur Gadowski śledzi to co dzieje się np. na szydłowieckim rynku muzycznym? 

Nie mam niestety pojęcia, a to wszystko z bardzo prostego powodu, nie mam na to zwyczajnie czasu. Oczywiście gdy tylko mam chwilę szukam nowej muzyki, nowych wykonawców, którzy mogli by trafić na moją playlistę, ale nie kategoryzuje tego na kraj czy miasto pochodzenia.

No właśnie, a czego słucha Artur Gadowski? 

To są bardzo różne rzeczy, to są często zupełnie skrajne muzyczne sytuacje. Ostatnio słucham czegoś co nazywa się ‚gypsy jazz’ czyli muzyki z lat 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia. Francuskiego gitarzysty Django Reinhardt. Z drugiej strony sięgam również po folkowo – countrowych wykonawców. Sam widzisz, że są to bardzo różne muzyczne światy, wszystko zależy od nastroju. Bo innego dnia odpalam sobie np. tak czadowy zespół jak Royal Blood i nagle jestem w jeszcze innej przestrzeni muzycznej.

Z tych innych upodobań muzycznych dajesz się często poznać w swoich solowych projektach. Czy jest coś nowego zaplanowane na najbliższy czas? 

Nie, ja takich rzeczy nie planuję. To się po prostu dzieje, zbiera sobie jakieś pomysły, piosenki, coś tam sobie „dłubię”. Jak mam potrzebę to piszę, jak nie mam to tego nie robię (śmiech). Na co dzień pracuję z zespołem IRA. Koncertujemy, nagrywamy płyty, jak jest promocja płyty to wtedy mogę mieć trochę więcej czasu na coś swojego. Staram się niczego nie planować.

Jesteśmy w Szydłowcu, więc nie mogę nie zapytać o Twoją córkę Zuzę. Wszyscy w mieście czekamy na jej płytę, może tata powie kiedy płyta ujrzy światło dzienne? 

Myślę, że to już nie jest tajemnica. Płyta ukaże się jesienią (tytuł „Skrzydła”, przyp. red.), wydaje ją Agencja Wydawnicza Polskiego Radia i są to świeże informacje, z ostatnich dni. Płyta jest skończona, nagrana, wystarczy jeszcze chwilka cierpliwości.

I co o niej sądzisz jako muzyk, nie tata? 

Ale ja nie potrafię tego oddzielić. To jest moja córka i jestem pewien, że nigdy nie będę w tej sprawie do końca obiektywny. To tak samo jak zapytali mnie w wydawnictwie, którą z piosenek bym typował na singiel, to odpowiedziałem im, żeby mnie nie pytali, bo ja wszystkie te piosenki uwielbiam. Najważniejsze, że ta płyta w całości będzie autorska. To Zuza napisała teksty i muzykę. Ja daję jej całkowitą swobodę wypowiedzi na tej płycie.

Nie boisz się o Zuzę? Chodzi mi o tą naszą ludzką zawiść, wszechobecny hejt? W końcu ma znanego ojca. 

Wiesz, komentarze były i będą, grunt to się nimi nie przejmować i robić swoje. Jest moją córką i tak będzie, nie zmienimy tego. Należy jednak pamiętać, że Zuza ma swoją muzyczną ścieżkę, która całkowicie odbiega od tego co ja robię z zespołem IRA. Zresztą jutro chętni będą mieli okazję posłuchać jej muzyki (koncert odbył się 3 maja, przyp. red). Osobiście cieszę się, że Zuza otworzyła się na śpiewanie po polsku…

…ja też! Wielokrotnie jej o tym mówiłem, że świetnie brzmi po polsku. 

No właśnie i ja też jej to powtarzałem i cieszę się, że dziś głównie śpiewa w naszym języku. Jutro pojawię się na jej koncercie i z przyjemnością posłucham jak sobie poradzi.

Przed trzema laty na koncercie w Szydłowcu wystąpiliście po raz pierwszy na jednej scenie. Może powtórka? 

Tym razem nie, ale fajnie że o tym wspomniałeś. To było mega przeżycie zaśpiewać z córką na jednej scenie, przed swoją publicznością.

A macie jakieś wspólne muzyczne plany? 

Coś tam myślimy o jakimś wspólnym utworze, takim naszym, specjalnie dla nas napisanym. Zobaczymy co z tego wyjdzie, trzymajcie kciuki.

No to może na koniec kilka słów do mieszkańców Szydłowca? Uczestników koncertu? 

Bardzo chciałbym podziękować mieszkańcom Szydłowca i wszystkim którzy na koncert przybyli i wzięli w nim udział. Jak przyszedłem przed koncertem na Rynek to pod sceną było niewiele osób i wręcz przestraszyłem się, że nie będzie zbyt dużej frekwencji. Na szczęście było inaczej, przyszło bardzo dużo ludzi, wszyscy fajnie śpiewali, wspólnie dobrze się bawiliśmy i to jest chyba najważniejsze. Za to wszystko, za tą wspaniałą atmosferę chciałbym wszystkim podziękować.

………………………………………………………………………………………………………….

poniżej kulisy wywiadu 🙂

foto główne: Monika Szymkiewicz 

dwa ostatnie zdjęcia z kulisów: Bogusław Brzostowski