Na listopad zaplanowana jest premiera najnowszej książki autorstwa Ireny Przybyłowskiej – Hanusz. Książka pt. „Skarby Kultury Ludowej Mieszkańców Szydłowca i Okolic”, opowiada o zwyczajach, obyczajach, obrzędach, legendach i niezwykłych opowieściach. Niektóre przeżyte osobiście, inne zasłyszane. Każda bardzo ciekawa.
Poniżej fragmenty, zapraszamy do lektury:
Ten wieczór trwał długo. Próby zespołu przed koncertem często się przeciągały. Zbliżała się północ, a sala baletowa na drugim piętrze szydłowieckiego zamku tętniła muzyką. W pewnym momencie Łukasz zaproponował, abyśmy dali już spokój, uzasadnił to zmęczeniem, późną porą i tym, że i tak nic nowego nie stworzymy. Wszyscy się z nim zgodzili i zaczęliśmy się powoli zbierać. Zatrzasnęliśmy za sobą drzwi i zbiegli po schodach. Przy bramie zorientowałem się, że nie mam gitary, została na górze. Odwróciłem się i już w biegu poprosiłem, aby na mnie poczekali.
Szybko znalazłem się na drugim piętrze, już brałem gitarę do ręki, gdy nagle sam nie wiem skąd dobiegła mnie muzyka kościelna. Zacząłem panicznie rozglądać się za siebie i szukać miejsca, skąd mogłaby się wydobywać ta muzyka. W pewnym momencie zacząłem iść w stronę balustrady, z każdym krokiem muzyka stawała się głośniejsza. Coś powiedziało mi „spojrzyj w dół” i zrobiłem to. Nogi ugięły się pode mną, a serce zaczęło mocniej kołatać, nie mogłem uwierzyć w to, co miałem przed oczami. W dole, w kaplicy, zobaczyłem klęczące postacie. To był mężczyzna w zbroi, obok niego kobieta, a tuż za nimi trzy dziewczynki w czerwonych sukienkach. W pewnym momencie mężczyzna wstał powoli, podał rękę klęczącej obok kobiecie, a za nim podniosły się dziewczęta i wolnym krokiem zaczęli wszyscy zmierzać w stronę wyjścia. W tym momencie dym kadzidlany zaczął się unosić do góry i po chwili było go tyle, że z trudem mogłem oddychać. Czy to dym, czy to mgła? Chyba mgła, zimna i mokra zaczęła mnie otaczać, spowijać. Dziś już nie pamiętam, jak znalazłem się przy bramie. „Co tak pędzisz, jakby cię ktoś gonił?” – spytał Łukasz. „Może i gonił” odpowiedziałem. „Coś taki blady?” – zapytała Gośka. „Boli mnie głowa” – powiedziałem i szybko poszedłem do domu.
Minął tydzień. W ramach obchodów sześćsetlecia kościoła wziąłem udział w nabożeństwie za zmarłych mieszkańców naszego miasta. Stałem blisko ołtarza, kiedy ksiądz wymieniał nazwiska zmarłych przedstawicieli rodu Szydłowieckich. Spojrzałem bezmyślnie w stronę poliptyku. Rycerz, dama i trzy dziewczynki w czerwonych sukienkach. Skąd ich znam, gdzie widziałem? O, Boże! To niemożliwe. Czyżby to byli ci z zamkowej kaplicy? Blask świec padł na obraz i wydawało mi się, że któraś z postaci się poruszyła. Obleciał mnie strach. Przesunąłem się do tyłu, jak najdalej ołtarza. Po chwili ruszyła procesja ze świecami, lampionami w stronę cmentarza. Pewno to złudzenie, ale wydawało mi się, że co pewien czas widać było w pobliżu żałobnej chorągwi błysk zbroi, to znów czerwień sukienki. Kiedy wracałem do domu wydawało mi się, że w mroku nocy przez most wchodzą do zamku: rycerz, dama i trzy dziewczynki w czerwonych sukienkach.
Od tych wydarzeń minęło już kilka miesięcy, a ja wciąż się zastanawiam czy to nie było tylko złudzenie?
Powyższą historie opowiedział Irenie Przybyłowskiej – Hanusz, Artur Jaroń. Poniżej inna historia opowiedziana przez Wandę Parszewską.
Tę historię usłyszałam od swojego dziadka. Przed wielu laty w Szydłowcu kościół w Dzień Zaduszny do późnych godzin nocnych był otwarty. Porządku pilnowali szydłowieccy obywatele, jednym z nich był mój dziadek. Jego dyżur przypadł na późne, nocne godziny. Co pewien czas ktoś wchodził do kościoła, klękał przed ołtarzem, by pomodlić się za zmarłych. Dziadek i jego kolega chodzili po kościele. Czasem wychodzili na zewnątrz. Po godzinie 11 już nikt nie przychodził. Obydwaj dyżurujący mężczyźni usiedli w ławkach. Panowała absolutna cisza. W blasku świec połyskiwały złotem ołtarze, przed Tabernakulum płonęła wieczna lampka, cicho tykał zegar, jego wskazówki zbliżały się do godziny 12. Równo z wybiciem północy z ogromnym łoskotem otworzyła się kościelna brama. Słychać było głosy wielu osób, sprawiało to również wrażenie, jakby tłum ludzi wchodził na plac kościelny. Dziadek wyszedł przed kościół, nikogo jednak nie widział, a głosy było słychać coraz lepiej, były coraz bliżej i zbliżały się do drzwi kościoła. Przerażony dziadek uciekł do domu.
Podobno w Dzień Zaduszny o północy mszę odprawiają zmarli księża , a biorą w niej udział zmarli z tej parafii. Po nabożeństwie zmarli księża i parafianie udają się z procesją na cmentarze.
Te i inne niecodzienne historie i opowieści z ziemi szydłowieckiej, będziecie mogli przeczytać już niebawem w najnowszej książce Ireny Przybyłowskiej – Hanusz.
